Myślowe bohomazy

Coś o sukniach ślubnych...

Był plan, a w nim sześć salonów sukien ślubnych i my dwie - ja i główna zainteresowana. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale właśnie na rynku mody ślubnej trwa sezon wyprzedaży - tłumy rozentuzjazmowanych kobiet szturmują salony, by wyrywać sobie welony, treny, fechtować białymi butami z obcasami śmiercionośnymi niczym ostrza szpad... Nie, takich dantejskich scen nie zaobserowałam, a szkoda - na pewno byłoby to interesujące doświadczenie :) Tak czy inaczej, A.I (głowna zainteresowana) bierze ślub w lipcu przeszłego roku, ale która praktycznie myśląca przyszła panna młoda, nie skorzystałaby z okazji kupienia swojej wymarzonej sukienki ślubnej za połowę ceny? Tak, to było pytanie retoryczne :)

W związku z tym, że A.I. jest praktynie myśląca, zrobiłyśmy sobie wczoraj obchód bielskich salonów sukien ślubnych. Z zaplanowanych sześciu, postawiłyśmy stopy w trzech, bo w jednym był remont, a dwa pozostałe akurat postanowiły wziąść się i zamknąć :) Może to i lepiej, bo nawet te trzy zajęły nam sporą część dnia. Jak wiecie (lub nie) nie przepadam za zakupami, ale od tej reguły jest jeden wyjątek - zakupy z A.I. są super, nawet gdy nic nie kupujemy. Pewnie dlatego, że obie jesteśmy konkretne i wybierając się na zakupy wiemy, czego chcemy. Nie ma tam żadnego zbędnego zastanawiania się, niepewności, decyzje podejmowane są szybko, na podstawie porównań i faktów :) Poza tym A.I jest gadułą inteligentną, więc przebywanie z nią to po prostu przyjemność.

Jakie mam refleksje po tym wczorajszym polowaniu? Sama nie wiem - nie tak to sobie wyobrażałam. Pewnie ma to związek z faktem, że właściwie każda kobieta (no może każda kobieta, która jest choć trochę romatyczką) ma pewną wizję ślubu, przygotowań do niego, no i wyboru sukienki. W tych wizjach, tak jak to z wyobraźnią bywa, wybór sukienku ślubnej ma posmak wręcz magiczny, a w rzeczywstości...zakupy, to zakupy, tylko asortyment odwiedzanych sklepów jakiś taki bardziej jasny. Tak...może jednak nie jestem taką romantyczką, jak myślałam, albo po prostu wczoraj rozważna strona mojej osobowości miała swój dobry dzień. W każdym razie, jak to w sklepach bywa, część kreacji prezentuje się na manekinach, większość na wieszkach. Ty chodzisz i zastanawiasz się, w czym będzie Ci dobrze. Wybierasz kilka i mierzysz, aż znajdziesz tą, w której wydajesz się wyglądać i czuć najlepiej. Przy okazji poznajesz kilka tajmeniczych terminów jak biodrówka, rybka, princesska, greczynka, kilka technik podpinania i odpinania trenów oraz wchodzisz w zaskakującą dyskusję na temat wyższości halek nad kołami i genralnie wielkości kół. Po kilku godzinach wszystkie sukienki wydają Ci się do siebie podobne, no i wszystkie są... ciężkie. Myślisz sobie - Bogu niech będą dzięki za spodnie... Nie mniej jednak, pewne oczarowanie zostaje, bo te sukienki w jakiejś części (bo na pewno nie wszystkie) są po prostu piękne.  

A.I. najbardziej spodobała się biodrówka z hiszpańskimi koronkami, która świetnie podkreśla jej figurę, ale jeszcze ma zamiar odwiedzić kilka miast, nim się ostatecznie zdecyduje (wybór sukienki ślubnej...+1000 do cierpliwości).