Myślowe bohomazy

Zakłamywanie rzeczywistości.

Codziennie spędzam w autobusach i na przystankach około trzech godzin. Staram się nie narzekać na tą sytuację, bo no cóż...chyba musiałabym pogrążyć się w wiecznej depresji. Trzeba dostrzegać zabawną stronę sytuacji, pielęgnować w pamięci absurdalną jazdę w sardynkowym ścisku, gdy Twoim jedynym oparciem jest współpasażer, czy tej jazdę "na glonojada", gdy Ci sami współpasażerowie rozgniatają Cię na szybie. Miałam pisać o czym innym, ale wciąż nasuwa mi się wspomnienie wczorajszej tragedii w Nowym Mieście. Z lekkim zdziwieniem przyjełam komentarze po wypadku - komentrze kierowców, którzy zarzekali się, że oni nigdy nie biorą nadprogramowej liczby pasażerów. Jeszcze nie zdarzyło mi się, a jeżdżę autobusami (rzadko busami) od wielu lat i to w różnych miastach, by któryś kierowca powiedział, że więcej pasażerów nie weźmie - ilu pasażerów się upchnie, tylku wchodzi. Zdziwiły mnie też komentarze ludzi korzystających z przewozów komunikacji miejskiej, busów, czy też innych, którzy mówili, że oni nigdy by do przeładowanego pojazdu nie wsiadali i nie wsiądą.

Toż to mamy dziwną sytuację, bo nikt nie przewozi większej ilości osób niż jest to dozwolone, nikt do takiego pojazdu by nie wsiadł, a do wypadku doszło. Boszz...czy mi się tylko zdaje, czy ktoś zakłamuje rzeczywistość? Do dziś pamiętam sytuacje z jednego z katowickich przystanków, gdy autobus z drzwiami na fotokomórkę odjeżdżał z przystanku ponad 15 minut, bo drzwi nie mogły się zamknąć - za dużo ludzi, nikt nie chciał wysiąść, co więcej co chwile dochodzili nowi, którzy dopychali pozostałych i to wtedy hasło "niemożliwe, staje się możliwe" nabrało dla mnie nowego znaczenia. Nie znaczy to, że mamy spokojnie akceptować taką sytuację, ale nie oszukujmy się - firmy przewozowe nie uruchomią dodatkowych przejazdów, bo im się to po prostu nie opłaca. A ludzie przecież muszą jakoś dojeżdżać do pracy i szkół, więc zazwyczaj nie zastanawiają się nad tym, że jest ich za dużo i że w razie wypadku dojdzie do masakry. Ot smutna rzeczywistość.

No tak, to był temat, o którym miałam nie pisać, ale wyszło, że jednak napisałam.

PS. Zdaje się, że przydaje mi się mój wyimaginowany czarny pas karate i SPJ wreszcie zaczęło wymiękać :)