Myślowe bohomazy

Zmagania z zimą

Wczoraj w pracy był lekki chaos. W którymś momencie miałam wrażenie, że nagle stałam się najbardziej poszukiwaną osobą na wydziale - studenci odnaleźli perwersyją przyjemność w uczeniu się i każdemu byłam potrzebna, bo jak się uczyć skoro nie wiadomo, gdzie znaleźć materiały? W związku z tym "uroczym" rozgardiaszem nie zauważyłam, że spokojne opady śniegu zmieniły się w zupełnie niespokojną zamieć, która trwa i trwa i trwa...a za oknem robi się coraz ciemniej i ciemniej i zimniej...zupełnie jak w "Pojutrze" (jeśli ktoś widział, to wie, co mam na myśli).

 

Przygotowując się rano do wyjścia z domu przewidywałam, że powrót do niego nie będzie należał do najłatwiejszych, ale mimo wszystko byłam optymistką. Ubrałam się jak czerwony eskimos - jeśli wczoraj w Bielsku rzuciła Wam się w oczy czerwona kulka, swym kształtem przypominająca człowieka, to najprawdopodobniej byłam ja. Tak czy inaczej, przed 16, gdy tłum studentów zrzedniał i wreszcie mogłam dojrzeć okno, dotarło do mnie, że może jednak powinnam była obejrzeć jakiś odcinek "Szkoły przetrwania". Z pewnym niepokojem założyłam drugi sweter, kurtkę, czapkę, kaptur i obwiązałam się szalikiem, na koniec rękawiczki i do boju. Za drzwiami lodowaty wiatr wycisnął mi łzy z oczu (przewidująco nie malowałam się rano), tak oślepiana kolejnymi podmuchami dotarłam na przystanek autobusowy. Dość szybko podjechał transport, przez co zakiełkowała mi w sercu nadzieja, że może jednak nie jest tak źle, jak na to wygląda. Nadzieja umarła przystanek dalej, gdy zaczął się korek. Mijały minuty, a ja patrzyłam na jadące w przeciwnym kierunku autobusy, w których (po przesiadce) powinnam już dawno siedzieć. Pominę tu może malownicze obrazy przewijające się za zamarzniętymi szybami - zniekształceni przez lód ludzie, zaspy, samochody, szarpane wiatrem nieliczne drzewa i krzaki. Tak oto trasę, którą zwykle pokonuje w 10 minut, pokonałam w 50. Po wydostaniu się z autobusu, w którym co chwila można było dosłyszeć jakiś zirytowany przejaw ludzkiej frustracji, przedostałam się na następny przystanek i czekałam.

 

Jeśli mieliście kiedyś wrażenie, że zaraz umrzecie z zimna, to wiecie jak wczoraj się czułam - choć oczywiście, gdybym dopuściła do głosu logikę, to wiedziałabym, że do zamarznięcia trochę mi jednak brakuje. Mogłam jednak myśleć, tylko o tym jak bardzo mi zimno i starać sobie nie wyobrażać jak musi być zimno stojącej obok dziewczynie, ubranej w połowe mniej rzeczy niż ja. Po 15 minutach usłyszałam, że dzwoni mi w kieszeni telefon - usłyszałam, bo nogi miałam tak zmarznięte, że nie czułam żadnych wibracji. Z jękiem wydobyłam dłoń z rękawiczki i jakimś cudem nacisnęłam zieloną słuchawkę, nim aparat przestał wygrywać melodyjkę.

- Cześć siostra, gdzie jesteś? - głos Spokoju popłynął z telefonu

- Na przystanku xx...zamarzam

- No to podejdź do drogi, bo podjeżdżamy - wtedy zabrzmiały trąby anielskie, z niebios popłynęło radosne "Alleluja" i zaczęły wybuchać fajerwerki.

 

Okazało się, że brat wracał z kumplami autem z uczelni, już powinni być w domu o tej porze, ale zatrzymał ich korek. No i przypomniał sobie, że być może jego ukochana siostra marznie właśnie na przystanku, który zaraz będą mijać. Kocham swojego brata!

 

To jednak nie był koniec przygód, bo po zajęciu miejsca (dodam, że przestrzeń chłopaków zawęziła się wtedy do potrzebnego do przeżycia minimum) spędziliśmy jeszcze w aucie 1,5 godziny. Jechaliśmy na rezerwie, więc podróż umilało nam snucie teorii, co się stanie jak zabraknie paliwa. Poza tym chłopaki mieli chyba dzień dobroci dla bliźnich, bo zatrzymywali się pomóc każdemu autu stojącemu ze światłami awaryjnymi - w sumie dwóm. W pierwszym przypadku kobiecie zgasło silnik na środku dwupasmówki, a na pytanie czy ją przepchać na podjazd, odpowiedziała "Nie wiem" i zaczęłam wysiadać z auta... Poza tym zwyczajowa walka z zamarzającymi wycieraczkami i przednią szybą, nieudane próby wyprzedzenia tira, z którego dachu posypał się taki śnieg, że przez parę sekund w aucie panowały egipskie ciemności i propozycje, że możeby odpalić na laptopie jakiś film dla dorosłych...

 

Tak, nie ma to jak zima...jakże za nią tęskniłam.